Nie chodziło o ilość ryb… tylko o ten jeden moment, w którym czujesz, że masz na kiju coś większego niż wszystko ostatnio.
Nim się obejrzałem, nastał wrzesień, natłok zadań służbowych i wyjazdów zabrał mi kolejny miesiąc z wędkarskiego życia. Desperacja, by pojechać na ryby, była tak ogromna, że nikt z moich bliskich nie śmiał zaprotestować i trzeciego września, wyposzczony niesamowicie, pojawiłem się nad wodą. W planach była metoda, jak ja to określam, na bogato, czyli z koszem i zachowaniem jak największej precyzji łowienia.
Czytaj dalej….









